Osiedla, nie sypialnie — chaos przestrzenny kosztuje nas dziesiątki miliardów rocznie

Bloki w szczerym polu, bez szkoły, przychodni i autobusu, to najdroższy sposób budowania miast — rachunek płacą gminy i mieszkańcy. Razem chce obowiązkowych standardów urbanistycznych, planów rozwoju metropolii i gwarancji mieszkań społecznych w planach zagospodarowania.

Panorama osiedli mieszkaniowych i terenów zielonych z lotu ptaka — katowicka dzielnica Szopienice-Burowiec

Znacie ten krajobraz: kilkanaście bloków wyrasta na dawnym polu za miastem, dojazd jedną wąską drogą, najbliższa szkoła przepełniona, po przychodnię i pocztę trzeba jechać do centrum, a autobus — jeśli w ogóle kursuje — przyjeżdża co godzinę. Deweloper sprzedał mieszkania, zaksięgował zysk i ruszył na kolejne pole. Wszystko inne zostaje na głowie gminy i mieszkańców. Razem chce ten model zakończyć: osiedle ma być kawałkiem miasta — ze szkołą, przychodnią, przystankiem i zielenią — a nie sypialnią przyklejoną do drogi wylotowej.

Ile kosztuje chaos

Chaotyczne rozlewanie się zabudowy ma swoją cenę i badacze policzyli ją dość dokładnie. Zespół pod redakcją Adama Kowalewskiego, Tadeusza Markowskiego i Przemysława Śleszyńskiego w trzytomowym raporcie „Studia nad chaosem przestrzennym" (Studia KPZK PAN, t. 182, 2018) oszacował roczne koszty chaosu przestrzennego w Polsce na co najmniej 84,3 mld zł (omówienie w serwisie PAN).

Kwota 84,3 mld zł rocznie to szacunek badaczy z raportu Komitetu Przestrzennego Zagospodarowania Kraju PAN („Studia nad chaosem przestrzennym", Studia KPZK PAN, t. 182, 2018) — dane poglądowe, nie statystyka urzędowa. Największą pozycję stanowią koszty transportowe (ok. 31,5 mld zł), w tym samo nadmierne dojeżdżanie do pracy — ok. 25,9 mld zł rocznie.

Skąd ten chaos? Plany miejscowe — jedyne dokumenty, które naprawdę przesądzają, co i gdzie wolno budować — pokrywają niecałą jedną trzecią powierzchni kraju (31,7% na koniec 2021 r. według badania statystycznego GUS o lokalnym planowaniu przestrzennym). Na pozostałych dwóch trzecich rządzi „wuzetka" — pojedyncza decyzja o warunkach zabudowy, wydawana bez oglądania się na całość: na szkoły, sieci, transport, sąsiadów.

Państwo próbuje to porządkować: nowelizacja ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym z 7 lipca 2023 r. zobowiązała każdą gminę do uchwalenia planu ogólnego, a termin — po przedłużeniu — mija 30 czerwca 2026 r. To krok w dobrą stronę, ale reforma z 2023 r. to obowiązujące prawo, a nie program Razem — i wciąż nie gwarantuje ani standardów urbanistycznych dla każdej inwestycji, ani jednego mieszkania społecznego więcej.

Dlaczego blok w polu jest „tani" tylko na papierze

Mechanizm jest dobrze znany samorządowcom. Grunt rolny za miastem kosztuje ułamek ceny działki uzbrojonej, więc deweloper może zaoferować mieszkanie o kilkadziesiąt tysięcy złotych taniej. Tyle że w tej cenie nie ma drogi, kanalizacji, oświetlenia, szkoły, przedszkola ani linii autobusowej. Te wydatki spadają na gminę, która przez następne dekady dociąga infrastrukturę do rozproszonej zabudowy — a każdy kilometr sieci obsługujący garstkę domów kosztuje więcej niż ten sam kilometr w zwartym mieście.

Drugą ratę płaci mieszkaniec: godziną w korku dziennie, drugim samochodem w rodzinie, wożeniem dzieci na wszystkie zajęcia, bo pieszo nie da się dojść nigdzie. Zysk z taniego gruntu zgarnia inwestor, koszty rozkładają się na wszystkich — także na tych, którzy mieszkają gdzie indziej i składają się podatkami na doprowadzanie infrastruktury tam, gdzie nigdy nie powinna była powstać zabudowa.

Co proponuje Razem

Wprowadzimy narzędzia prawne, umożliwiające przywrócenie do polskich miast ładu przestrzennego — obowiązkowe standardy urbanistyczne dla wszystkich inwestycji oraz plany rozwoju obszarów metropolitalnych. Zatrzymamy chaotyczne rozlewanie się zabudowy. W planach zagospodarowania przestrzennego zagwarantujemy realizację minimalnego udziału mieszkań społecznych.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Prawo do mieszkania”, partiarazem.pl
  • Obowiązkowe standardy urbanistyczne dla wszystkich inwestycji — żadnych wyjątków dla „specustaw" i pojedynczych decyzji: każda nowa zabudowa musi mieć zapewniony dostęp do usług publicznych i transportu.
  • Plany rozwoju obszarów metropolitalnych — miasto i otaczające je gminy planują wspólnie, zamiast konkurować o dewelopera, który i tak wyśle swoich klientów do korka na tej samej wylotówce.
  • Stop chaotycznemu rozlewaniu się zabudowy — nowe osiedla tam, gdzie infrastruktura już jest albo realnie powstanie, a nie tam, gdzie grunt był najtańszy.
  • Minimalny udział mieszkań społecznych zagwarantowany w planach zagospodarowania — dostępne mieszkania wpisane w tkankę miasta, zamiast spychania ich na peryferie.

Program mówi wprost, jak mają wyglądać te nowe osiedla: mieszkania społeczne „powstaną na dobrze zaplanowanych, zielonych osiedlach wyposażonych w pełną infrastrukturę społeczną, z dostępnym transportem publicznym”. Pełna infrastruktura społeczna oznacza także przychodnię w zasięgu spaceru — o tym, jak sprawić, żeby za drzwiami tej przychodni nie czekała wielomiesięczna kolejka, piszą autorzy serwisu o zdrowiu: Krajowy system rejestracji — jak skrócić kolejki do lekarza.

Gdzie konkretnie mają stanąć mieszkania budowane za publiczne pieniądze i skąd wziąć na nie środki, wyjaśniamy w tekście o 1% PKB na mieszkania: Mieszkanie prawem, nie towarem — 1% PKB na mieszkania.

Ład przestrzenny to standard osiedla; osobną sprawą jest standard samego budynku i mieszkania — o walce z patodeweloperką piszemy tu: Koniec patodeweloperki — standardy mieszkań.

Źródła i dalsza lektura